Jubileusz twórczości Pani Lidii Kosk

W poniedziałkowe popołudnie 18 IX 2017 r. w Mokotowskim Centrum Integracji Mieszkańców odbył się benefis Pani Lidii Kosk – poetki, pisarki, działaczki literackiej, pedagoga, podróżniczki, a także fotografa umiejącego też rysować, nie tylko słowem.

Pięknie to był spędzony czas, który ofiarowała nam przede wszystkim pani Lidia, ale również dzięki dobrej organizacji, za co należy się podziękowanie pracownikom Centrum, pani Ali Walickiej, panu Grzegorzowi Śniochowi, panu Leszkowi Życzkowskiemu, a także (spoza Centrum) prowadzącej Danucie E. Kosk-Kosickiej, tłumaczce wierszy p. Lidii na język angielski.

Pani Lidii nie musimy przedstawiać, bo jest nam dobrze znana z prowadzonych przez Nią w Centrum warsztatów poetyckich (i bardzo ładnej, interesującej gablotki), a także z uczestniczenia w Mokotowskiej Radzie Seniorów (życiorys p. Lidii z wieloma bardzo ważnymi szczegółami możemy poznać na Jej własnej stronie internetowej).

Pani Lidia Kosk, piękna kobieta, pełna wrodzonego wdzięku i kultury osobistej, z wykształcenia prawnik, specjalista prawa administracyjnego, tworzy poezję od dzieciństwa. Jej wiersze i opowiadania zostały opublikowane w dwunastu zbiorach, przetłumaczonych na wiele języków, w tym książka poetycka „Słodka woda, słona woda / Sweet Water, Salt Water”/ na japoński.

Książkę jednego wiersza „Szklana góra” przetłumaczono na dwadzieścia języków, od europejskich – rosyjski, niemiecki, francuski, hiszpański do arabskiego, chińskiego i japońskiego. Na wieczorku wiersz był czytany przez dziewięć osób w kilku językach (polskim, angielskim, czeskim, węgierskim, serbskim, niemieckim, rosyjskim i japońskim).

Amerykański kompozytor, profesor Philip Olsen skomponował utwór chóralnych „Polski Tryptyk”  do angielskiej wersji wierszy p. Lidii, których pierwsze wykonania przedstawiane były w USA, Peru i Japonii. Zainspirowany dziełem kompozytora Olsena student Ryan Sevel stworzył film w trzech częściach, którego obrazy, we współbrzmieniu z głosem pani Lidii, przesuwały się  w czasie przedstawienia (śpiew chóralny oraz sceny filmu przenikają się). W przerwach między fragmentami tryptyku czytane są jej utwory, co tworzy integralną część widowiska.

Pani Lidia jest też osobą, która stworzyła Autorski Teatr Poetycki i cały czas nim kieruje. Grany wielokrotnie spektakl „Niknące prawa człowieka” szczególnie upamiętnia się ze wględu, na obecną w nim tematykę wojenną i obozową.

Benefis prowadzony był ciekawie przez Danutę E. Kosk-Kosicką, poetkę i tłumaczkę, a my mogliśmy przekonać się, cytując p. Lidię, że „najważniejsze jest słowo i to, czemu ono ma służyć”. Na koniec bohaterka wieczoru mówiła również o sobie, gdy odpowiadała na zadawane przez uczestników spotkania pytania.

Refleksyjna poezja, często dotycząca historii i problematyki wolności pozwalała nam zastanowić się nad trudnym niekiedy losem człowieka i nad długofalowym, korozyjnym wpływem wojny na pokolenia powojenne. Poetka sama bowiem, doświadczyła podczas okupacji, niemieckiej łapanki ulicznej i pobytu w przejściowym obozie niemieckim, później zaś żyła w okresie braku wolności indywidualnej i narodowej. W swoich utworach poetka wspomina też o możliwości ciągłego powstawania zagrożeń i ich realności.

Podczas poczęstunku mogliśmy karmić nie tylko ciało, ale i ducha, bo dekoracjami były przepiękne fotografie wykonane przez p. Lidię. Bardzo zachwycały zdjęcia szesnastu elementów jednego drzewa – dębu. Mogliśmy też wziąć do ręki i obejrzeć już wydane książki z Jej utworami.

PANI  LIDIO  –  DZIĘKUJEMY ZA PANI WIERSZE, FOTOGRAFIE I PANI WSPANIAŁE ŻYCIE.

Warto jeszcze dodać, że w okresie Bożego Narodzenia Teatr Pani Lidii przygotował piękny program „Hej kolęda, kolęda”, który przedstawiony był m.in. w OEK Sadyba i na Służewcu w kościele Św. Maksymiliana Kolbego.

Tekst opracowała: Alicja Moszczyńska Kowalska

Literacka opieka pani Ldii Kosk nad grupą Seniorów z Mokotowa, piszących poezję i prozę, to jedna z form działalności  bardzo mocno w dzielnicy rozwinięta.W grupie  Autorek, przestawionych poniżej tekstów są uczestniczki prowadzonych przez panią Lidię Kosk warsztatów literackich w Mokotowskim Centrum Integracji Mieszkańców przy ul. Woronicza 44A. 

Alicja Przybysz

Sękaty dąb

Miał szczęście stary dąb

ukryty pośród lasu

dla drwali niewidoczny

poszarpany zębem czasu

Powykręcany ze starości

siwym mchem porosły

wiekowym ludziom podobny

niegdyś piękny, wyniosły

I trwa dąb sękaty

baja o starych dziejach

o zwierzach potężnych

w nieprzebytych kniejach

Halina Pawełko

Dąb i wiewiórka

Majowy poranek. W Juracie, gdzie wypoczywamy, zaczyna się poranna krzątanina. Swoje podwoje otwierają pamiątkarskie sklepiki. Kawiarnie przygotowują się do przyjęcia pierwszych gości. Zatrzymujemy się w jednej z nich zwabieni zapachem świeżo parzonej kawy. Jest pyszna. Nie możemy jednak zbyt długo rozkoszować się jej niezwykłym smakiem, bowiem zbliża się czas naszego odjazdu do miasta Hel, gdzie zamierzamy spędzić najbliższe godziny.

Podróż wiedzie drogą otuloną z obydwu stron sosnowymi lasami, które o tej porze roku ozdobione są niczym koronką złotordzawymi, drobnymi kwiatkami. W Helu wita nas rzeźba rodziny kaszubskiej, usytuowana nieopodal ulicy Wiejskiej, dumy jej mieszkańców. Idziemy więc ulicą Wiejską, która zabudowana jest niewysokimi, pokrytymi czerwoną dachówką domkami rybackimi, przytulonymi do siebie jakby chciały się ogrzać w czasie wietrznej, sztormowej niepogody. Przyznajemy, że duma mieszkańców z tej części miasta jest w pełni uzasadniona. Podziwiamy urok pięknie odrestaurowanych domów oraz powstałych w ostatnich latach, licznych kawiarni, barów, pubów i sklepów. Wszystkie one przyciągają wzrok bielą, czerwienią, różem i amarantem pelargonii, petunii, surfinii.

W pobliżu słynnego Fokarium, które jest także dumą Helu, uwagę moją zwróciło tajemnicze drzewo. Podchodząc bliżej krzyknęłam do męża: popatrz jaki potężny dąb rośnie na maleńkim podwórku. Istotnie, stwierdził, robi wrażenie. A oto jego historia.

Był rok 1655, czas wojen ze Szwedami. Jak głosi inskrypcja zamieszczona przy dębie, w tym właśnie roku, gromadząca zapasy na zimę wiewiórka ukryła nieopodal niewielkiego domu ojców Franciszkanów – żołądź. Jak to bywa z wiewiórkami, gromadzone przez nie zapasy ukryte są w wielu „spiżarniach”. O tej „spiżarni” wiewiórka całkowicie zapomniała. Po pięciu latach, tj. w roku 1660,  zakończenia wojen szwedzkich, traktatem zawartym w Oliwie, oczom przechodniów ukazał się młody dąb, który wyrósł z żołędzia, o którym zapomniała wiewiórka.

W zdrowym nadmorskim powietrzu rósł, będąc świadkiem wielu wydarzeń historycznych. Przede wszystkim jednak tych związanych z codziennym życiem okolicznych mieszkańców, głównie rybaków. Ich jakże częstych zmagań z morskim żywiołem. I zwycięstw oraz powrotów do domu z sieciami pełnymi świeżych ryb. Teraz góruje nad Helem majestatyczny, wysoki, piękny, pokryty patyną mchów, która podkreśla jego wiekowy wygląd. Spojrzenie przez ażur jaki tworzą konary dębu, z jego charakterystycznie wyrzeźbionymi liśćmi, ukazuje nam przebłyski codziennego spektaklu nieba, jakże zmiennego nad polskim morzem. Raz zalanego słońcem, raz smaganego wiatrem z ciężkimi, nabrzmiałymi deszczem chmurami. Chroni również domek zakonników przed gwałtownymi wiatrami i patrzy w zadumie na otaczające go bezkresne wody Bałtyku.

My zaś, po dwutygodniowym pobycie, żegnamy Juratę i piękny Półwysep Helski, który przez niektórych nazywany jest najdłuższym molem w Europie.

Inspiracją do napisania tego opowiadania jest wystawa fotograficzna przedstawiająca „Studium dębu” rosnącego w lasach beniaminowskich, autorstwa poetki Pani Lidii Kosk. Wspaniały dąb na Półwyspie Helskim postrzegałam poprzez zdjęcia z tej wystawy, a szczególnie zdjęcie podpisane „Spojrzenie przez ażur”.

Janina Gajewska:       

Paryskie impresje

Z mostu Aleksandra  III

patrzę z rozradowanym sercem

cały świat pięknieje urodą tego miejsca

jest jak wrota do raju

wszystko wydaje się możliwe

nawet że dosiądę skrzydlatego rumaka

i spotykać będę się z Paryżem

w miejscach najbardziej mi drogich

na Père Lachaise przy grobie Chopina

Edith Piaf, Sary Bernard

Przy symbolicznej mogile

                           Pierre’a Abelarda i Heloizy

pomodlę się za miłość

W katedrze Notre Dame przed Pietą

cichutko zanucę Ave Maria

w Panteonie nisko skłonię głowę

przed wielkością Marii Skłodowskiej-Curie

ulicami Paryża błądzić będę

śladami Norwida

Odwiedzę Bibliotekę Polską

pomnik Wieszcza

w Luwrze a może w d’Orsay

trafię na wystawę prac

impresjonistów

i patrzeć, patrzeć będę do woli

aż któryś z panów malarzy

Edgar Degas czy Auguste Renoir

do pociągu mnie odprowadzi

dedykując mi któryś ze swoich obrazów

Janina Gajewska

Wywiad z dębem

Jestem w sali naszych spotkań literackich. Na ścianach fotografie dębu. Jedno drzewo w kilkunastu ujęciach. Dąb na fotografiach poetki Lidii Kosk jest niezwykłej urody. Konary mają wolną przestrzeń, światło. Z fantazją tworzą różne kształty i figury. Zaciekawiają. Można powiedzieć, to wyjątkowy twór natury – w tym poetyckim ujęciu. A przecież w czasie trwania tego drzewa mogły przechodzić koło niego setki, a może tysiące osób. Może też nie jeden z aparatem fotograficznym.

Na tym polega wyjątkowość poety, zarówno wyrażona słowem, jak i w innej formie – Zauważyć.  Tu na fotografiach ten dąb z nami rozmawia, opowiada. Już w pierwszym momencie zauważyłam fotografię kory z zapisem historii tego drzewa, ale i dziejących się obok zdarzeń dotyczących nas, ludzi.

  Poczułam wielką chęć rozmowy z dębem. Przede mną widok dość starego dębu z niezwykle ciekawym ułożeniem konarów. Zwracając uwagę na korę, myślę o wieku drzewa. Ciśnie mi się na usta pytanie i zadaję je. Przynajmniej tak mi się wydaje. Słyszę w odpowiedzi: Nie podam daty moich narodzin, jak to wśród ludzi bywa. Po prostu wyrosłem z okazałego żołędzia. Rosłem nie spiesząc się, miałem dość miejsca, nie musiałem ścigać się w zdobywaniu światła.

Kiedy byłem sporym dąbczakiem odwiedzały mnie sarenki, by skubać moją korę. Nie byłem gościnny, płoszyłem je szumem gałęzi. Gorzej było z dzikami, nie są płochliwe, no i ich paskudne zamiłowanie do rycia. Były też wizyty zwinnych wiewiórek, w parę sekund obiegały wszystkie konary i gałązki. Budziły radość.

Wielką przyjemność sprawiały przyloty ptaków i ich koncerty. Jest ptak, który nie śpiewa, ale dba o kondycję drzew. ( – Nadal głos dębu) Wracam do pytania, ale odpowiem nie wprost, podam wydarzenia, które miały miejsce: Zima, mróz, pada śnieg. Las zapełnia się oddziałami mężczyzn uzbrojonych w kosy obsadzone na sztorc. Niektórzy mają karabiny lub pistolety. Odziani różnorodnie.  Mundury mają tylko dowodzący. Pomimo zimy ukryli się w rodzimych lasach przed „branką” i wcieleniem do armii rosyjskiej. Czują się żołnierzami i w każdy możliwy sposób walczą z wrogiem. W nierównej walce czasem przegrywali, innym razem wygrywali duże bitwy. Skądś wracają, dokądś się spieszą. Czasem na śmierć, w walce o wolną ojczyznę. Trwało to około dwóch lat.

Czas ciszy i spokoju w lesie trwał nieco więcej niż pół wieku. Gdy po krótkim okresie wolności przyszło zagrożenie, w pobliskim Radzyminie i jego okolicach szykowała się duża akcja zbrojna. Las znowu był miejscem działania w ukryciu. Mężczyźni w strojach jakie kto miał, tylko część w  mundurach. Zmieniło się uzbrojenie. Nie było już kos lecz wszelkiego autoramentu karabiny, w tym maszynowe i mniejsze lub większe armaty.

Przełomowe starcie zwycięskie nazwano cudem nad Wisłą. Męstwo, strategia czy cud, a może wszystko razem uratowały Europę, a może nawet świat. A ja dąb rosłem sobie spokojnie przez prawie dwadzieścia lat.

Gdy ziemia zadrżała, tym razem od wybuchu bomb i pocisków artyleryjskich, polscy żołnierze umundurowani, uzbrojeni, z pełną determinacją  bronili  swojej Ojczyzny przed dwoma wrogami na dwóch granicach. Zaległa noc okupacji i walki partyzanckiej. Po sześciu latach zapanowała cisza, choć lasy nadal były schronieniem licznych patriotów tej ziemi.

Udostepnij:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter

123 Liczba wyświetleń wpisu